Polski system ochrony zdrowia przypomina dziś potężny, ale rozproszony archipelag. Mamy tu wyspy wybitnej wiedzy klinicznej, nowoczesne laboratoria, publiczne szpitale i prywatne centra medyczne. Problem polega na tym, że między tymi wyspami rzadko kursują promy, a pacjent – niczym rozbitek – musi samodzielnie nawigować po wzburzonym morzu procedur.
Czas z tym skończyć. Prawdziwa wartość w medycynie powstaje tylko wtedy, gdy wszyscy zaangażowani (interesariusze) zaczną grać w jednej drużynie, a zdrowie przestanie być traktowane jak towar przetargowy.
Wyobraźmy sobie pacjenta, który wykonuje podstawowe badania krwi w ramach pracowniczego pakietu medycznego, konsultację kardiologiczną odbywa w prywatnym gabinecie, a leczenie onkologiczne przechodzi w publicznym szpitalu. Z punktu widzenia biologii to wciąż ten sam organizm. Z punktu widzenia dzisiejszej biurokracji to trzy odrębne historie, trzy różne zbiory danych i trzy zamknięte systemy, które ze sobą nie rozmawiają.
Efekt? Jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego, za 70–80% całkowitej śmiertelności w Polsce odpowiadają choroby, którym w dużej mierze można zapobiegać lub leczyć je na wczesnym etapie – głównie choroby układu krążenia i nowotwory. Główną słabością naszego systemu nie jest dziś brak wiedzy medycznej czy nowoczesnych technologii. Słabością jest to, że system nie łączy danych z wielu źródeł, nie prowadzi pacjenta za rękę w sposób ciągły i identyfikuje zagrożenia dopiero wtedy, gdy rozwinie się zaawansowana choroba.
Koniec z rywalizacją o dane. Czas na współpracę
W tradycyjnym, rynkowym modelu opieki zdrowotnej placówki medyczne często traktowały dane pacjenta jak złoto, które należy trzymać w zamkniętym skarbcu. Logika była prosta: „jeśli pacjent ma u nas historię choroby, będzie zmuszony wrócić do nas na kolejną płatną wizytę”. Taka postawa, choć opłacalna biznesowo, bywa dramatyczna w skutkach dla zdrowia społeczeństwa.
Nowoczesna medycyna wymaga definitywnego odejścia od rywalizacji o dane na rzecz ich bezpiecznego współdzielenia. Wkraczamy w erę internetu współpracujących systemów (Web 5.0). To czas, kiedy platformy komunikują się ze sobą automatycznie, a dane są synchronizowane w czasie rzeczywistym.
Wymaga to tak zwanej interoperacyjności, czyli po prostu umiejętności różnych programów komputerowych do płynnego i zrozumiałego porozumiewania się (za pomocą cyfrowych mostów, czyli API, oraz międzynarodowych standardów medycznych, takich jak HL7 czy FHIR).
Bazy danych Ministerstwa Zdrowia – takie jak system P1 czy Internetowe Konto Pacjenta (IKP) – stanowią potężny, centralny fundament.

Jednak docelowy model musi być hybrydowy, czyli łączyć państwowe rejestry z bezpiecznymi aplikacjami i placówkami prywatnymi. Dane powinny krążyć swobodnie tam, gdzie akurat znajduje się pacjent. Tylko w ten sposób możemy krzyżowo analizować ryzyka – łącząc historię rodzinną, predyspozycje zapisane w genach, wyniki z laboratoriów oraz codzienne nawyki.
Kiedy sektor publiczny i prywatny grają do jednej bramki
W naszym kraju od lat pokutuje szkodliwy mit: sektor publiczny i prywatny to dwie wrogie siły, które walczą ze sobą o pacjenta. W zintegrowanym modelu ochrony zdrowia to podejście traci rację bytu. Usługi publiczne i prywatne nie muszą ze sobą rywalizować – powinny stworzyć logicznie powiązany ekosystem, w którym nawzajem się uzupełniają i likwidują opóźnienia w diagnostyce.
Sektor prywatny ma ogromną elastyczność i możliwość szybkiego wdrażania nowoczesnych technologii (HealthTech), a także dba o to, by aplikacje były proste i przyjemne w obsłudze dla użytkownika (wygoda i doświadczenie użytkownika – CX/UX). Jest idealnym „radarem” – potrafi zaktywizować osoby pozornie zdrowe, przeprowadzić innowacyjne badania przesiewowe (screeningi), zaangażować w profilaktykę i mądrze edukować.
Z kolei sektor publiczny posiada potężną, niezastąpioną infrastrukturę do leczenia skomplikowanych i kosztownych przypadków, takich jak zaawansowane operacje czy terapie onkologiczne. Gdy te dwa światy zaczną ze sobą współpracować, zyskają wszyscy:
Sektor publiczny (NFZ) zyska, ponieważ na oddziały szpitalne będzie trafiać mniej pacjentów w zaawansowanych stadiach chorób (co drastycznie obniża koszty i odciąża personel).
Pracodawcy, którzy finansują pracownikom pakiety medyczne, zyskają zdrowy i stabilny zespół, rzadziej zmuszony do korzystania ze zwolnień lekarskich (L4).
Pacjent zyska to, co najważniejsze – zdrowie i życie, dzięki wykryciu ryzyka, zanim stanie się ono pełnoobjawową chorobą.
Zaangażowany pacjent zamiast biernego odbiorcy
W tym wielkim, zespołowym układzie naczyń połączonych najważniejsza rola przypada samemu pacjentowi. Koniec z biernością i bezradnością wobec zawiłych procedur. Nowy model stawia na świadomego, zaangażowanego człowieka, który staje się aktywnym partnerem dla lekarza i przy wsparciu technologii samodzielnie dba o swoje zdrowie (self-care).
Rola lekarza również ulega redefinicji (w modelu doctor-in-the-loop). Dzięki temu, że technologia wykonuje za niego „brudną robotę” polegającą na zbieraniu, segregowaniu i analizowaniu danych, medyk otrzymuje przejrzysty podgląd sytuacji pacjenta jeszcze przed jego wejściem do gabinetu. Wellysa jest doskonałym przykładem ilustrującym tę nową erę jako mobilny asystent, który nie próbuje rywalizować z publicznym systemem (np. z Internetowym Kontem Pacjenta – IKP), ale go uzupełnia. Zbiera dane z badań medycznych i ankiet behawioralno-lifestylowych, pozwala pacjentowi prowadzić swój cyfrowy wywiad rodzinny (genogram) i ułatwia szybki kontakt ze specjalistą, stając się takim prywatnym „radarem profilaktycznym”, który w razie wykrycia ryzyka pomaga pacjentowi przygotować się do wejścia w publiczny system leczenia.
Czas na technologiczny przeskok generacyjny
W ekonomii i technologii istnieje pojęcie „leapfrog” – oznacza ono bezpośrednie wdrożenie najbardziej nowoczesnych rozwiązań, z pominięciem etapów pośrednich. Tak jak Polska przed laty ominęła epokę czeków papierowych, wchodząc od razu w erę płatności zbliżeniowych i BLIK-a, tak teraz musimy pominąć etap mozolnego i prowizorycznego sklejania starych, urzędowych systemów.
Musimy od razu wdrożyć otwarty, bezpieczny i odporny ekosystem zdrowia. Taki, w którym medycyna wychodzi z murów szpitala wprost do kieszeni pacjenta. Ochrona zdrowia społeczeństwa to nie jest gra, w której ktoś musi stracić, żeby ktoś inny mógł zyskać. To gra zespołowa. A wygraną jest najcenniejsza waluta na świecie: dłuższe, zdrowsze i spokojniejsze życie każdego z nas. Czas zburzyć medyczne wyspy i zacząć budować mosty. Choroba nie będzie czekać na urzędowe reformy.